niedziela, 5 października 2014

VII. Celibat, kosmici i ulubione czasopismo Joe.

Minął tydzień. Pieprzony tydzień, który przesiedziałem w ośrodku, starając się rzucić wszelkie gówna, jakie pakowałem w siebie przez tyle lat. Kiedy rano wstawałem i spoglądałem w lustro, wydawało mi się, że jestem facetem po sześćdziesiątce z wypisaną na czole rychłą śmiercią. Blada twarz, wory pod oczami, zarost, którego nie miałem siły okiełznać, przekrwione gały, oklapnięte włosy. Patrzenie na siebie było torturą. A do tego wszystkiego dochodziła jedna myśl: "Sam się w to wpakowałeś". Ze mną jednak nie było tak źle, kiedy spojrzeć okiem na Perry'ego. Ten wyglądał jak chodzący zombie, żyjący trup i cholera wie co jeszcze. Oboje przeżywaliśmy piekło, w które kilkanaście lat temu wleźliśmy. Każdego poranka widziałem jak Joe wymiotuje, wije się na łóżku, trzęsą mu się dłonie. Ze mną było prawie to samo, no może trochę lepiej, łagodniej.  Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, że nałóg zaszedł aż tak daleko. Musieliśmy sobie z tym poradzić. Bliźniak dla Billie, a ja... a ja dla dzieci i Angel. Nie chciałem, aby widywała mnie naćpanego. Teraz również nie chciałem się z nią spotykać, ze względu na wygląd i stan w jakim się znajdowałem. Musiałem pocieszać się rozmowami telefonicznymi, które czasami trwały po kilka godzin. Zadziwiające było jak potrafiłem z nią konwersować, nie myśląc tylko o jednym. Byłem normalny... Chociaż nie, normalnie to jestem chujem, byłem inną, lepszą częścią siebie, która na kilka lat gdzieś uciekła i dopiero teraz powoli, malutkimi krokami powracała. Tak mi się przynajmniej zdawało. Ta dziewczyna nieświadomie mnie zmieniała, a ja sam nie wiedziałem czemu tak się dzieje. Kiedy cofnąć się na kilka lat... ba! Na kilka miesięcy wstecz, byłem bezwstydnym dupkiem. Zdradzałem żonę, rujnowałem nasz związek, pieprzyłem każdą napotkaną fankę, którą po zaspokojeniu własnych potrzeb wywalałem z garderoby, nie miałem czasu dla dzieci, niszczyłem wszystko i wszystkich.  Kiedy o tym myślałem, każda minuta zbliżała mnie do jeszcze większego zmieszania własnej osoby z gównem. Zapominałem dopiero wtedy, kiedy rozmawiałem z Angie. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenosiłem się do lepszego świata, pełnego ciepłych promieni słońca. Tak działała na mnie śliczna blondynka. Owinęła mnie wokół małego palca. Wystarczyło, aby zaśmiała się do słuchawki, a mi już było lepiej. Nie musiała tak naprawdę nic robić, aby mnie zadowolić. Potrzebowałem jej towarzystwa, no w tym przypadku głosu. Ciągle dziwił mnie jeden fakt, co sprawiało, że do tej pory jej nie wykorzystałem. Przecież za pierwszym spotkaniem w sklepie miałem takie myśli. Aż głupio się przyznawać, co chodziło mi po głowie. Zastanawiałem się jakie ma cycki, jaką nosi bieliznę... Boże. Po drodze do domu oczywiście też oglądałem się za morzem lasek, wiedząc, że każda na jedno skinienie jest moja. Traktowałem ludzi jak materialne zabawki, którymi można się zabawić i kiedy się znudzą, zostawić. Musiałem coś z tym zrobić, zmienić nastawienie. Nabrać jakiegoś szacunku do świata. Teraz tylko pozostawało szukać na to recepty. Czułem, że będzie ciężko, bo charakteru, nawyków nie da się zmienić z dnia na dzień, ale może warto jest spróbować.
- Steven, my umieramy? - Usłyszałem z drugiego końca pokoju.
- Chyba nie, chociaż... Kurwa nie wiem. - Złapałem kosmyk włosów i zacząłem się nim bawić, nie mając innego zajęcia. Ośrodek był jak luksusowe więzienie, w którym mogłeś rzeczywiście umrzeć, ale z nudów. Codziennie tylko posiłki, jakieś idiotyczne rozmowy z masą ludzi, spanie. I tak non-stop.
- Ej, zobacz co znalazłem. - Przywlókł się do mnie na łóżko i na poduszkę rzucił nowiutkiego Playboy'a. Nie znałem modelki, która świeciła na nim cyckami, ale wyglądała całkiem dobrze. Znowu wróciły mi do głowy pewne myśli. - Tak w ogóle, to kiedy ty ostatnio zmacałeś jakąś laskę?
- Joe, ty to jednak zawsze miałeś w sobie ten takt. - Westchnąłem sarkastycznie, przewracając się na plecy. Wgapiając się w śnieżnobiały sufit zastanawiałem się nad odpowiedzią. - Chyba... chyba z trzy tygodnie. - Wytrzeszczyłem oczy, dziwiąc się samego siebie. Tyle wytrzymałem?! Coś jest nie tak.
- No to nieźle ci powiem. Chyba wypadasz z gry kolego. - Zaśmiał się cicho, jednak po chwili skrzywił się i masował skronie opuszkami palców. - To pewnie Angel, co? Nie obraź się, ale jakbym jej nie znał, to już dawno stwierdziłbym, że przeleciałeś ją parę razy. Wiesz, hipiska, to od razu kojarzy się z panną o lekkich obyczajach. - Miałem ochotę walnąć go za to po pysku, jednak nie zrobiłem tego z prostej przyczyny: brak jakichkolwiek sił.
-Zamknij się Perry, po pieprzysz głupoty. - Przejechałem dłonią po twarzy, nie zwracając na bliźniaka już większej uwagi.
- Pieprzyłbym najlepiej jakąś laskę, ale chyba to nie możliwe. - Mruknął. - Kurwa, mamy tu jakiś jebany celibat, czy co do cholery?! Niedługo nas w habity wcisną i do klasztorów powysyłają, abyśmy za organistów robili. Ja chcę do Billie. - Słuchałem tego bełkotu, krzywiąc się po każdym słowie. On będąc czysty chyba gadał gorsze głupoty, niż wtedy, kiedy był na odlocie. Jak nie zgłupiejemy do końca odwyku, to będzie cud...

~*~

Siedziałam w sklepie Emily, starając się napisać jakiś ciekawy artykuł, jednak w głowie miałam pustkę, co było dosyć niekomfortowe w mojej sytuacji. Materiał musiał być dostarczony do piętnastej, a zegar już pokazywał dwunastą. Intensywnie myślałam, jednak ktoś za wszelką cenę starał się mi to utrudniać. Marley co chwila się uśmiechał, brzdąkając na gitarze mieszankę wszystkich utworów, które właśnie wpadały jej do głowy.
-Nie wiem do cholery o czym napisać. - Burknęłam, wpatrując się w czystą jeszcze kartkę, przygryzając długopis.
- To aż dziwne, bo ty zawsze masz w głowie jakieś pomysły, ciekawe tematy. - Spojrzałam na nią, kiedy właśnie pękła struna. Mimowolnie zaczęłam się śmiać, widząc jej wystraszoną minę. Jakby nie wiedziała co się stało, biedna, bezbronna Emily.
- Już wiem, Marley kocham cię! Jesteś mistrzem, moją muzą! - Wycałowałam ją i uciekłam na zaplecze. Za sobą słyszałam tylko znudzone "Tak, jestem cudna, boska i te sprawy. Wiem." Ponownie się zaśmiałam i zamknęłam drzwi. W głowie miałam już zarys felietonu, który miał mieć prosty przekaz, a mianowicie "Korzystaj z życia, póki możesz, bo życie jest cholernie kruche". Tak, to było bardzo w moim stylu, dlatego praca poszła całkiem szybko. Kiedy spojrzałam na zegarek, wskazywał czternastą, więc akurat. Jeszcze tylko przeczytałam tekst i naniosłam kilka niewielkich poprawek. Mogłam ruszać do redakcji. Byłam zadowolona z tego co napisałam, ukryte hasło zamieszczone w felietonie było chyba jednym z moich ulubionych, jakimi starałam się kierować w życiu.
- Już idziesz? - Usłyszałam za sobą zdziwiony głos Emily, o której prawie z tego wszystkiego zapomniałam. - Tak, już uciekam. Jutro zadzwonię. - Cmoknęłam ją w policzek i pospiesznym krokiem opuściłam sklep. Dumnie krocząc po zalanych słonecznym żarem ulicach, kierowałam się w stronę jednego z pobliskich wieżowców, podgwizdując co chwila melodie ukochanych piosenek.  W wyśmienitym humorze dotarłam na odpowiednie piętro budynku, w którym zajmowano się prasą. Wzrokiem szukałam dziewczyny, zajmującej się montowaniem mojej skromnej rubryczki. Niestety nigdzie jej nie znalazłam, więc zmuszona byłam odłożyć kartkę na jej idealnie wysprzątane biurko. Już miałam wychodzić, kiedy w oczy rzucił mi się artykuł o Aerosmith, a bardziej o toksycznych bliźniakach. Wyciągnęłam gazetę z plastikowego pojemnika i wychodząc zaczęłam czytać. Pisano o kryzysie w związku Stevena, uzależnieniu jego i Joe od różnych środków psychoaktywnych oraz o odwyku. Kiedy przeglądałam artykuł, jakoś nie miałam wypieków na twarzy, zwykły szmatławiec, w którym było więcej bajek, niż prawdy. Odłożyłam go na miejsce i postanowiłam wrócić do domu, skąd mogłabym zadzwonić do Stevena. Już kilka minut pod dotarciu do mieszkania dorwałam się do słuchawki i czekałam na głos bruneta. Odebrał za piątym sygnałem i powitał mnie swym zachrypniętym "halo?".
- Cześć Steve. - Powiedziałam cicho, lekko przygryzając przy tym wargi. Odkąd go nie widziałam, zaczęłam zachowywać się jak nastolatka bujająca myślami gdzieś daleko w chmurach. Ciężko było się przed samą sobą przyznać, ale cholernie za nim tęskniłam. Niby znaliśmy się niedługi okres czasu, a ja już nie pamiętałam jak wyglądał mój świat bez Stevena. Był jednym z moich najlepszych przyjaciół tuż obok Marley'a i Adama. Kiedy nie mogłam go zobaczyć przez trzy tygodnie, po prostu czułam się jakaś taka pusta w środku. Czegoś podświadomie mi brakowało i wiedziałam co to było, a raczej kto.
-Hej maleńka. - Odpowiedział mi radosny głos, z czego wywnioskowałam, że pan Tyler ma dla mnie jakieś dobre wieści. - Mam dla ciebie całkiem, tak mi się przynajmniej zdaje, atrakcyjną propozycję. - Nie myliłam się. - Dzisiaj dostałem przepustkę dla jednej osoby i tak sobie pomyślałem, że może chciałabyś mnie odwiedzić w tym pięciogwiazdkowym, ekskluzywnym hotelu. - Ostatnie słowa wypowiedział z wyraźnym sarkazmem.
- Ee, no jasne. W sumie to i tak już siedzę w domu. Tylko się ubiorę i jadę.
-A jesteś rozebrana? - Ekscytacja w jego głosie była powalająca. Cicho parsknęłam śmiechem. - Wybacz, chyba za długo siedzę z Perrym. No nic, wpadaj szybko. - Odłożyłam słuchawkę, ówcześnie rzucając radosne "pa". 

~*~
Minęło sporo czasu, odkąd widziałem się ostatnio z Angel. Miałem wrażenie, jakby minęło kilkanaście miesięcy, dłużących się w nieskończoność. Cholernie cieszyłem się ze spotkania z nią. Sam siebie nie poznawałem, zależało mi na kobiecie, jak jeszcze nigdy. Wydawała się być idealna. Inna, z własnym spojrzeniem na świat, wrażliwa, szalona a zarazem rozsądna. Nie mogłem się doczekać, kiedy przekroczy bramy ośrodka. Czekałem na zewnątrz oparty o ścianę, wypatrując szczupłej sylwetki i długich blond włosów oraz tego charakterystycznego uśmiechu, goszczącego na jej twarzy prawie zawsze. Kiedy tylko pokazała się na horyzoncie, energicznie ruszyłem w jej kierunku, starając się nie biec. Ciężko jest opisać uczucie, jakie gościło wtedy w moim sercu. Po prostu chciałem jednego, mieć ją już w ramionach. Z każdą sekundą moje serce coraz szybciej, a mózg nie potrafił do końca pojąć tego zachowania.
- Steven. - Wypowiedziała moje imię, jakby z lekką ulgą i mocno wtuliła się w moją klatkę piersiową. Mocnej przyciągnąłem ją do siebie, zaciągając się jej zapachem i zatapiając twarz w miękkich blond włosach.
-Tęskniłem. - Wyszeptałem, kiedy w dalszym ciągu trwaliśmy jednej pozycji.
- Ja też. Cały czas zastanawiałam się, jak się trzymasz. - Uśmiechnęła się delikatnie, podnosząc na mnie wzrok.
- Jak widać, jeszcze żyję. Joe zresztą też. Jak chcesz, to możemy do niego zajść.
- Jasne. - Odpowiedziała radośnie, łapiąc mnie za rękę, jakby bezdźwięcznie wypowiadając w ten sposób słowo "prowadź".
Perry'ego zastaliśmy czytającego jakiś artykuł w Playboy'u, którego od razu odstawił, kiedy tylko nas zobaczył. Przywitał się z Angel, a ona go przytuliła, co trochę mnie tknęło. W sumie nie wiem dlaczego. Doskonale widziałem, że blondynka wita się tak ze swoimi znajomymi, a Joe to przecież mój bliźniak i nie ma w głowie żadnych niecnych planów. Może przez tyle lat, które spędziłem z innymi dziewczynami, tak mnie uczuliło. W końcu te ścierwa były zdolne do przelecenia moich kumpli. Oczywiście nie wszystkie takie były, jednak kilka się by znalazło, gdyby cofnąć pamięcią. Jeszcze dziwniejsze było to, że zwracałem na takie rzeczy uwagę, a sam kiedy byłem w związku oglądałem się za innymi panienkami. Chyba powoli zacząłem się na tym łapać.
- Myślę, że Steven chciałby zostać z tobą sam na sam, także tego... Idę bajerować laski spod trójki. - Oderwałem się od swych przemyśleń, kiedy Joe ubierając koszulę, puszczał nam oczko, kierując się jednocześnie do ewakuacji. Byłem mu wdzięczny, że tak to załatwił i sam mogłem cieszyć się obecnością Angie.
- Badania dowodzą, że to właśnie piersi kobiet pociągają naszych czytelników najbardziej. - Blondynka usiadła na łóżko i czytała właśnie fragment ulubionego czasopisma Perry'ego. W komiczny sposób spojrzała na swój biust, podnosząc do góry jedną brew. Nie ukrywam, że bezwstydnie wgapiałem się w to miejsce, wyobrażając sobie różne sytuacje. Trzeba przyznać, że natura nie poskąpiła jej w tej kwestii i dziewczyna miała się czym pochwalić. Musiałem skupić się na czymś innym, bo powoli czułem jak robi mi się gorąco.
- Angie, może jednak wyjdziemy? Jest taka ładna pogoda. - Palnąłem pierwsze lepsze co przyszło mi do głowy. Dziewczyna oderwała się od lektury i spojrzała na mnie radosnym wzrokiem.
- Jasne, możemy wyjść. - Zeszła z łóżka i poprawiła krótki top z logo Aerosmith. Jeszcze nigdy nie widziałem aby ta koszulka na kimś tak dobrze pasowała. Miała do czego pasować.
-Ekhem. No to wychodzimy. - Złapałem ją za rękę, odrywają się od swoich wyobrażeń, których powoli sam zaczynałem się bać. Zamknąłem drzwi, a klucze standardowo zostawiłem na recepcji. Zabrałem Angie do najcichszego zakątka na terenie całej placówki. Usiedliśmy na trawie, kiedy spośród krzaków wybiegła mała dziewczynka, córka pewnej kobiety, która siedziała na odwyku podobnie jak ja i Joe. Zdążyłem poznać tą małą, bo często przychodziła tu z ojcem w odwiedziny. Miała na imię Alisa, ale już pierwszego dnia kazała mówić na siebie Ally. Szczerze polubiłem tą czterolatkę. Była taka słodka i beztroska. Wystarczyło spojrzeć w jej radosne, ciemne jak węgielki oczka, aby skradła ci serducho.
- Dzień dobry. Mogę się tutaj schować? - Kucnęła tuż za nami, przytulając się do moich pleców. 
- Jasne, a przed kim się chowasz? - Angel kucnęła obok niej i przybrała identyczną minę.
- Przed kosmitami. - Otworzyła szerzej powieki i położyła palec na ustach. Przyglądałem się im tak chwilkę, kiedy wciąż trwały w bezruchu. Dopiero po chwili mała odsapnęła głęboko. - A tak w ogóle to Ally jestem. - Podała rękę Angel, która również się przedstawiła. Zaczęły rozmawiać jak długoletnie koleżanki. Zauważyłem jak wspaniałe podejście miała blondynka, jak potrafiła przejść nagle do ich świata. Przez pół godziny zdążyła bawić się z nią lalkami, pleść warkoczyki i opowiadać bajki. Ally widocznie ją polubiła, bo nie krępowała się jak inne dzieci w towarzystwie dopiero co poznanych osób. Kiedy zawołał ją tata, wyraźnie niechętnie wstała i pożegnała się z nami. Angie chyba dopiero w tamtym momencie wróciła do rzeczywistości.
- Słodka jest ta mała. - Skomentowała, bawiąc się zerwanym kwiatkiem. - Przepraszam, że tak nagle się wyłączyłam, ale ta Ally była taka... Kochana. - Uśmiechnęła się lekko, podnosząc na mnie wzrok.
- Nic się nie stało. Sam ostatnio spędziłem z nią całe popołudnie, na zabawie w chowanego. - Zaśmiałem się na przypomnienie sobie chwili, w której znalazłem ją na drzewie i mogłem odsapnąć, że Ally żyje. Szukałem jej wtedy dwie godziny, a ona mnie jedynie dwie minuty. - A swoją drogą, to fajnie wyglądałaś w roli takiej opiekunki.
- Sama nie wiem. Chyba nie potrafiłabym wychować takiego szkraba, chyba nie jestem jeszcze na tyle odpowiedzialna... - Zamyśliła się na chwilkę.
- Myślę, że byłabyś świetną mamą. - Posłałem jej serdeczny uśmiech. Angel idealnie pasowała do dzieci. W pewnym momencie, jak bawiła się z dziewczynką miałem wrażenie, że to nasza córka z którą siedzimy właśnie gdzieś w parku.W porę się ocknąłem i uciekłem z wyimaginowanego świata.
- Skoro tak mówisz. - Zaśmiała się, poprawiając włosy. Wyglądała tak niewinnie, ale zarazem cholernie pociągająco. Nie mogłem się powstrzymać od pewnych gestów. Zbliżyłem się do niej i lekko pocałowałem w usta, kiedy jej głowa leżała na miękkiej trawie. Szybko odwzajemniła pocałunek, jednak na początku wydawało mi się, że miała chwilę zawahania. Nie trzeba było dużo czasu, aby podkręcić atmosferę. Z delikatnych muśnięć powstały gorące pocałunki, które nie mogły być obojętne. Przejechałem jej ręką po odkrytym udzie, kiedy przygryzła wargi. Poczułem na ustach metaliczny smak krwi. Blondynka oblizała resztki czerwonej substancji, niczym wampir i szybko wstała, wprowadzając mnie w stan lekkiej dezorientacji.
- Teraz musisz mnie złapać. - Zaśmiała się uroczo i zaczęła biec. Zanim się zorientowałem o co chodzi, była już daleko przede mną. Rzuciłem się do pościgu, co musiało dość dziwacznie wyglądać. Przez plac pędziła dwójka dorosłych, którzy mentalnie przekształcili się w dzieci, pragnące zabawy. Wariactwo...

____________________________________

Wróciłam z nowym rozdziałem i standardowo z przeprosinami. 
Nie mam nawet sekundy czasu na czytanie czyiś cudeniek. Boże, aż mi przykro. Trzecia klasa gimnazjum wyciska ze mnie wszystko już na samym początku. Mam nadzieję, że w ogóle będę mogła prowadzić bloga. 

Jeszcze raz przepraszam. Kiedy znajdę odrobinkę czasu, to nadrobię zaległości i zostawię po sobie jakiś skromny komentarz. Proszę więc o wyrozumiałość. 

Love,
Chelle

sobota, 20 września 2014

VI. Nakryci na leżeniu pod fioletową mgiełką.

Przed oczami miałam wielkie łóżko usłane kwiatami, na którym leżałam pod delikatną, fioletową mgiełką. Na całą okolicę rozbrzmiewało głośno grane "Sweet Home Alabama", które na tamtą chwilę wydawało się być idealną piosenką. Lekko przechylając głowę to na lewo, to na prawo, wpatrywałam się w kolorowe motyle. Jeden z nich podleciał blisko na swych pięknych skrzydłach i usiadł mi na nosie. Mimowolnie zaczęłam chichotać i w tym momencie otworzyłam oczy. Ujrzałam Stevena pochylonego nade mną, bawiącego się moimi włosami, które właśnie przemierzały jakieś szlaki na policzkach. Kiedy tylko zobaczył, że się obudziłam na jego twarzy pojawił się uroczy uśmiech, którego nie dało się nie odwzajemnić.
-Śniłeś mi się. -Przejechałam palcami po jego nadzwyczaj gładkiej jak na mężczyznę dłoni, jakby badając każdy jej cal, po czym wzrok skierowałam w jego pytające oczy. -Byliśmy gdzieś na plaży, w nocy. Pamiętam tyle, że paliło się ognisko i była jakaś impreza, bo byli jeszcze chłopaki z zespołu. -Uśmiechnęłam się na samo przypomnienie tej chwili. -A potem przetransportowałam się na kwiatowe łóżko.
- Szczerze mówiąc, to też mi się śniłaś. A może to była rzeczywistość... Sam nie wiem. Siedziałem koło ciebie i widziałem jak śpisz. - Przytulił się do mnie bardziej, zbliżając tym samym swą twarz do mojej. Cmoknęłam go tylko radośnie i już miałam wstawać z łóżka, kiedy do pokoju znienacka wpadł pan Joe Perry. Odruchowo zakryłam się kołdrą, chociaż byłam w pełni ubrana.
- Cześć skubań... Ooo, cześć Angel. - Usłyszałam jego zadziorny głos i już nie miałam wyjścia. Nakryto mnie w tajnej pułapce, misterny plan ukrycia się pod warstwą kołdry poszedł się pieprzyć. Wystawiłam blond czuprynę spod materiału, który jeszcze bardziej ją rozczochrał i strzeliłam buraka. - Ja nie wiedziałem, że wy ten tego... - Uśmiechnął się cwaniacko, dokładnie tak jak to zawsze robił. Moją twarz zalała jeszcze większa fala czerwieni, na szczęście nie musiałam się z niczego tłumaczyć, bo wyręczył mnie Steven.
- Po pierwsze, jak tu wlazłeś złamasie?! Masz klucze czy jaka cholera? Chyba założę jakiś dobry system obronny ze specjalnym zabezpieczeniem na pieprzonego Perry'ego. Po drugie, czego chcesz o tej porze? A po trzecie, to nie susz tak zębów erotomanie, bo to nie tak jak myślisz. - Na te słowa toksyczny bliźniak zrobił minę w stylu "jasne, jasne" i mrugnął do mnie oczko. Z powrotem schowałam się pod kołdrę, nie mogąc przestać się śmiać z zaistniałej sytuacji. Zapewne teraz obydwoje spoglądali na falującą kołdrę, pod którą kryłam się ja z lekkim zdziwieniem, jednak nie miałam siły przestać. Po chwili przeszła mi ta głupawka i wynurzyłam się z morza piór. Do uszu dolatywały mi tylko skrawki rozmowy Stevena i Joe. Będąc w swoim świecie, byłam w stanie wyłapać kilka słów takich jak: "odwyk", "klinika", "Billie", "wszystko ustalone", "jest ok" i "dzisiaj konsultacje". W sumie to tyle wystarczyło, aby nawet największy w świecie głupek połapał się o co mniej więcej chodzi. Trochę mnie to zmartwiło. Od zawsze wiedziałam, że pan Tyler lubi sobie coś wciągnąć i nie jest święty, ale w moim otoczeniu był normalny, czysty. Tak mi się przynajmniej wydawało. Chociaż ta ostatnia akcja z Cyrindą... Może wtedy coś wziął. Na pewno coś wziął! Przecież wyglądał strasznie, niemalże jak duch.
Wzdrygnęłam się na samo przypomnienie tego zdarzenia. Może odwyk dobrze im zrobi... Ba! Na pewno wyjdzie im to na dobre!


~*~

Razem z Angel zapakowaliśmy się do samochodu Joe, aby odwieźć ją do domu. Musiałem pozałatwiać kilka spraw, o których na śmierć zapomniałem. Dopiero kiedy podjechaliśmy pod blok blondynki wyrwałem się ze świata odwyków, papierów i klinik. Odprowadziłem ją pod drzwi i musnąłem jej policzek. Spojrzała na mnie smutnym wzrokiem, jakby się czegoś lekko obawiając.
- Kiedy się zobaczymy? - Zapytała z niepokojem w głosie. 
- Niebawem. - Uśmiechnąłem się lekko, przytulając ją do siebie. Staliśmy tak kilka sekund, po czym dziewczyna cmoknęła mnie w policzek i  zniknęła za drzwiami. Oparłem ciało o zimną ścianę i rozmyślałem, kiedy rzeczywiście mógłbym ją spotkać. Życie pokaże kiedy będzie mi dane się z nią zobaczyć. Szybko zbiegłem ze schodów i oka mgnieniu znalazłem się z powrotem w wozie bliźniaka. Ten uśmiechał się do mnie jak przygłup na co nie za bardzo wiedziałem jak zareagować.
- Co się tak gapisz?! - Wybuchnąłem po chwili. Czasami irytowały mnie jego zachowania, których nie potrafiłem rozszyfrować. Chociaż tak w sumie to pewnie nie byłem lepszy. To ja pełniłem rolę świra w zespole, którego mało kto potrafił zrozumieć.
- Podoba ci się, co? - Kilkakrotnie uniósł do góry jedną brew.
- A nawet jeśli to co? - Wzruszyłem ramionami, odwracając wzrok i wpatrując się w billboardy promujące koncerty Cher, udając niewielkie zainteresowanie rozmową.
- To podbijaj, a jak złapiesz, to nie puszczaj. - Uśmiechnął się lekko. 
- To nie jest takie proste. Ona jest inna, nie należy do tych przeciętych lasek, z którymi do tej pory się spotykałem tylko dla ich tyłeczka i cycek albo dla inspiracji do napisania kolejnej piosenki o naszym nocnym stylu życia.  Angel to taki... unikat. Czasami się obawiam, że nie byłbym w stanie zrozumieć jej toku myślenia, czym mógłbym ją zranić. No sam wiesz.. Widzę, że jest cholernie uczuciowa, a jeden błąd mógłby wszystko zniszczyć. - Otworzyłem się i w końcu wyrzuciłem z siebie myśli, które krążyły mi po głowie od kilkunastu dobrych dni. Oparłem policzka o dłoń i nabierając powietrza w płuca wpatrywałem się w nudną ulicę, pełną rozpędzonych samochodów. Joe westchnął cicho, wyprzedając jedno z nich, po czym ukradkiem starał się spoglądać na moją osobę.
- No to masz problem stary. Chyba się zakochałeś, a to jest nieuleczalne. Przynajmniej w twoim przypadku. Ale wiesz, zawsze możesz próbować. Teraz będziesz miał trochę czasu na przemyślenie tego wszystkiego i potem sam zadecydujesz co dalej. Już przez te kilka dni stałeś się inny, ona cię zmieniła. To widać. Próbuj.  - Cholernie pomogły mi te zdania. Uświadomiłem sobie, jak bardzo kocham tego pojeba. Jest mi jak prawdziwy brat, który potrafi wkurzyć, ale i pocieszyć. Chyba działało to nawet w dwie strony. Oboje się niszczyliśmy, a zarazem sobie pomagaliśmy, aby nie zatonąć gdzieś pod drodze w naszej życiowej łajbie. - Jesteśmy na miejscu. - Rzucił po długiej chwili ciszy, gasząc silnik. Przed oczami mieliśmy duży, biały budynek ogrodzony wielkim płotem w tym samym kolorze. Nie miałem pojęcia, czy będę musiał tutaj siedzieć, czy może wytransportują nas do jakiegoś mniej "niebezpiecznego" miejsca, w którym nie byłoby możliwości dostać kruchej blondi, czy innego gówna. Pełen obaw przekroczyłem mury budynku. Już kiedyś miałem okazję zetknąć się  z tego typu ośrodkami, czego nie zaliczałem do miłych przeżyć. Może dlatego, że zmuszano mnie do przybywania w takich właśnie miejscach. Ja wcale nie chciałem rzucać dragów, było mi po nich dobrze. Teraz nieco moje nastawienie do tego wszystkiego się zmieniło, delikatnie przystopowałem. W końcu zbliżałem się do czterdziestki, miałem dwójkę dzieci, pewne plany wobec pewnej osoby. Nie mogłem pozwalać sobie już na tego typu zabawy. Zbyt długo siedziałem w piwnicy pełnej zdychających jak ja szczurów. Oczywiście nie miałem zamiaru robić z siebie jakiegoś dziadka z laseczką. Po prostu chciałem odpuścić sobie kokę i tyle. Uwolnić się z nałogu i żyć pełnią życia.


~*~

Siedziałam w domu nie mając pojęcia co z sobą zrobić. Mijały mi ostatnie dni urlopu, za dwa dni miałam wrócić do pracy. W sumie to nie miałam na co narzekać. Robiłam zdjęcia, od czasu do czasu podrzucałam do prasy jakieś trzepnięte artykuły i za to żyłam. Nie było z tego nie wiadomo jakich pieniędzy, ale na najważniejsze wydatki starczało. Odpowiadało mi takie coś. Już za dzieciaka moje poglądy na temat pracy były odmienne niż rówieśników. Wszyscy chcieli iść na lekarzy, prawników, architektów, nie lubiąc tych zawodów, po prostu kierując się żądzą pieniędzy. Nigdy tego nie rozumiałam. O wiele bardziej wolałam robić to co kocham, żyjąc jak cygan, niż pływać w złocie i męczyć się na co dzień. Można powiedzieć, że czułam się spełniona. Zdjęcia od zawsze sprawiały mi dużo frajdy. Obserwowałam otoczenie, cały świat, który mogłam uchwycić dzięki obiektywowi. Dajmy na to chociażby te zdjęcia, które zrobiłam na koncercie, a w sumie to bardziej po koncercie. Oglądałam je z uśmiechem na twarzy, przypominając sobie wszystkie słowa Stevena, Joe, Brada, Toma, Joey'a które wypowiadali w czasie ich robienia. Chyba na chwilę odpłynęłam, bo z siedemnastej zrobiła się siedemnasta trzydzieści i pora była wypuścić biednego Aresa na dwór. Nie mógł przecież bidak siedzieć cały dzień w domu. Dostałby kota. Tak, kot dostałby kota. Mi też chyba przydałoby się trochę świeżego powietrza, bo zaczynam głupieć. 
Ubrałam na siebie trochę za duże botki, na ramiona narzuciłam katanę i mogłam wychodzić. Kiedy schodziłam po schodach, do uszu doleciała mi jakaś całkiem ciekawa piosenka. Sąsiadka często zapodawała fajne kawałki, miała dobry gust muzyczny. Tym razem jednak prawie nic nie rozumiałam z tego utworu, bo był w jej ojczystym języku- polskim. Wyłapałam jedynie słowo "whisky".  Spodobała mi się ta piosenka. Prosta pod względem budowy, grana na akustyku. Kiedyś zagadam do Joan, aby podrzuciła mi płytę tego zespołu. Tymczasem musiałam podążać za kotem, który chyba chciał mi uciec. Wzięłam go na ręce i ruszyliśmy do najbliższego parku. Usiadłam pod ukochanym drzewem i pozwoliłam Aresowi pochodzić po okolicy. Sama za to miałam czas, żeby coś sobie naszkicować. Od zawsze lubiłam prace plastyczne, jednak teraz coraz bardziej mnie to kręciło. Przed oczami miałam jakiś pomysł, który szybko przelewałam na papier.
Zaczęłam od rysowania ogromnych kwiatów, z pięknymi, rozłożystymi płatkami, a następnie uzupełniałam luki drobnymi stokrotkami, astrami, niewielkim słonecznikiem, różami. Na kartce powstała niewielka łąką, do której dodałam jeszcze motyle. Czegoś mi jednak brakowało, nie było w tym nic ciekawego. Zastanawiałam się, co mogłabym tam jeszcze wpleść. Po jakimś czasie mnie oświeciło i wpadłam w wir pracy. Musiałam zrealizować swoją wizję. W głowie wyglądało to tak pięknie. Nie wiem ile siedziałam pod tym drzewem, bo straciłam rachubę czasu, ale chyba dużo, bo było już ciemno. Park oświetlały jedynie lekko przydymione światła lamp. Wstałam z chłodnej ziemi i podniosłam rysunek. Byłam z siebie dumna. Na kartce było pełno kwiatów, które miały dla mnie dużą wartość, z wielu powodów. Okalały one portret Stevena. To jego miałam w głowie. Jego radosną twarz, jego delikatny uśmiech i coś co przyszło mi na myśl w ostatniej chwili, wianek. Byłam zadowolona ze swojego tworu. Schowałam go delikatnie do niewielkiej teczki, a następnie do torby i ruszyłam na poszukiwania mojego małego łobuza, który chyba mi zwiał.
-Ares! - Krzyknęłam, rozglądając się dookoła. Po kocie nie było śladu, za to na horyzoncie pojawiła się jakaś ciemna sylwetka. Z daleka nie mogłam poznać osoby, która właśnie szła w moim kierunku.
- Mam tego uciekiniera! - Usłyszałam doskonale znany mi głos i zerwałam się z miejsca. Bez krępacji wtuliłam się w przyjaciela, miażdżąc przy tym biednego zwierzaka.
- Adam, jak ja cię dawno nie widziałam. Chyba z tydzień. To nienormalne! Zawsze spotykamy się kilka razy w ciągu tygodnia, a tu tak jakoś dziwnie...
- No zaniedbałaś mnie, zaniedbałaś. - Parsknął śmiechem, kiedy walnęłam go lekko w ramię. - I jeszcze mnie bije, do czego to doszło. - Pokręcił głową i teraz to ja zaczęłam się śmiać. Brakowało mi tego. Spojrzałam na bruneta, który właśnie poprawiał długaśne włosy, zakładając je za ucho. Ciężko było mi to przyznać, ale chyba się za nim stęskniłam. Wystarczył tydzień, jeden tydzień.
- Adam, chodźmy do mnie. Napijemy się czegoś, nauczysz mnie jednej piosenki, pogadamy. - Wyskoczyłam nagle, bez większego zastanowienia. Jemu nie trzeba było mówić dwa razy, od razu się zgodził. Szliśmy do mojego mieszkania, rozmawiając o jakiś bzdurach i śmiejąc się co chwila. Po raz kolejny zatrzymałam się na chwilkę w czasie i uświadomiłam sobie, jaką jestem szczęściarą. Mam takiego przyjaciela, na którego zawszę mogę liczyć, który zawsze jest przy mnie, umie mnie rozbawić, pocieszyć kiedy jest mi troszkę smutno. Spojrzałam na niego, wyłączając się całkowicie. Mówił coś do mnie, ale jego głos nie dolatywał do moich uszu. Skupiłam się bardziej na jego gestach, mowie ciała, stylu chodzenia, minach. Niby Adam był taki jak wszyscy z Sunset, jeden z wielu,  a jednak czymś się różnił, miał w sobie to coś.
- Angie, ziemia do Angie. - Machał mi dłonią przed twarzą i dopiero wtedy się ocknęłam. Zaczęłam się śmiać, bo biedny brunet stał tak już chwilę patrząc na mnie jak na idiotkę, że mu nie odpowiadam.- Gdzie masz klucze? - Zaśmiał się cicho.
- A tak, tak klucze. Tutaj mam klucze. - Wyciągnęłam je z kieszeni i otworzyłam drzwi. Kot wyskoczył mi z rąk i popędził w stronę wody. Razem z Adamem poszliśmy do pokoju, gdzie wyciągnęłam niezawodną ciocię whisky. Od tego momentu czas zaczął lecieć szybciej, niż zazwyczaj.  Świat kołysał się na każdą stronę niczym łodzie pływające o poranku przy brzegu zachodniego wybrzeża. Tematy do rozmów stawały się coraz ciekawsze. Graliśmy z Adamem kawałki Rolling Stonesów wyjąc przy tym niczym wataha wilków do księżyca. Sąsiadka obok chyba dostawała szału, bo waliła w ścianę jak opętana, na co my w odpowiedzi tylko się śmialiśmy.
-Angie, mój aniele, gdzie są twoi przyjaciele? Uciekli gdzieś do lasu, Kłapołuchemu do szałasu. Tylko ja tu jestem z tobą, ciesząc się twoją osobą. - Brunet bełkotał wymyślaną na poczekaniu piosenkę, przygrywając do tego na gitarze, a ja śmiałam się słuchając tego nowego hitu. Od czasu do czasu dodawałam coś od siebie, skacząc po tapczanie. Po boskim utworze opadłam zmęczona na poduszki i wgapiałam się w sufit. Adam odłożył instrument i przytulił mnie lekko do siebie. Położyłam mu głowę na ramieniu, lekko przymykając oczy. Z kieszeni po omacku wyciągnęłam zapalniczkę.
-Masz fajki? - Otworzyłam jedno oko i ujrzałam przysypiającego bruneta. -Ej panie, masz pan fajki? -Potrząsnęłam nim lekko, ale nie reagował. A wystarczyło tylko lekko pocałować go w policzek. Od razu się ocknął, a ja dostałam to czego chciałam. On również postanowił zapalić. Z dymu tworzył ciekawe obłoczki, jakich ja nigdy nie potrafiłam i nie mogłam się nauczyć.
-Kocham cię mała. - Usłyszałam jego cichy głos i powoli spojrzałam w stronę ciemnej czupryny.
-Też cię kocham. - Uśmiechnęłam się szeroko, a Adam zbliżył się na niebezpieczną odległość. Nawet nie mogłam wyłapać momentu w którym nasze usta złączyły się w jedność. Mogłabym tłumaczyć się alkoholem, ale on niewiele miał z tym wspólnego. Oderwałam się od chłopaka i spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Nie za bardzo mogłam wrócić do siebie.
- Czy ty coś czujesz do Stevena? - Zapytał z lekkim smutkiem w głosie. Miałam żal do siebie, że powiedziałam mu o Tylerze, bo chyba go to zabolało. Tak mi się przynajmniej zdawało...
- Traktuję go jak przyjaciela. - Spojrzałam mu w oczy, które jeszcze bardziej posmutniały.
- Powiedz, że będziesz ze mną, niezależnie od tego co by się wydarzyło. Ja... Ja potrzebuję takiej przyjaciółki. - Pokiwałam tylko głową i wtuliłam się w jego silne ramiona, czując jednocześnie jak głaszcze mi włosy. Tysiące myśli okupowało mój mózg, a serce łomotało jak szalone, jakby mając w zamiarze gdzieś spieprzyć. Nie miałam pojęcia dokąd zmierzają moje uczucia, kiedy wszystko się tak komplikuje. Pierwszy raz w życiu musiałam się nieźle zastanowić nad tym kto zajmuje jakie miejsce w moim otwartym na ludzi sercu. Kiedyś wszystko było takie proste, czarne było czarne, a białe było białe...






~*~

Tak oto i jest rozdział, o którym sama się nie wypowiem. Za to liczę na Wasze opinie! 
Dziękuję serdecznie za ponad  2700 wyświetleń! Cieszę się, że ze mną jesteście. :) 

Chelle

PS1   Przepraszam, że nie poinformowałam o nowym rozdziale, ale nie mam do tego wystarczająco dobrego internetu. To i tak cud, że mogłam napisać rozdział. Pieprzone limity na modemach. 

PS2  Cholernie przepraszam, że nie komentuję Waszej twórczości. Ja wszystko czytam, jednak nie mam możliwości komentować. Mogę to zrobić w telefonie, kiedy załapię jakieś wifi, ale chyba nie ma w tym większego sensu. Nie chcę pisać Wam jakiś gówien pod rozdziałami. Już z nowym miesiącem wszytko skomentuję! 

PS3 Chciałabym podziękować Rose za bardzo ciekawe rozmowy na facebooku oraz mojej kochanej deMars, za to, że po prostu jest i napala się ze mną na toxic twins podczas rozmów! 
 

poniedziałek, 1 września 2014

V. Zimny prysznic pod świecącymi gwiazdami.

Obudziłam się w silnych objęciach Stevena, który jeszcze słodko spał i po chichu wyślizgując się z łóżka, podeszłam do wielkiego, białego okna. Delikatnie je uchyliłam i usłyszałam radosny świergot porannych ptaków. Twarz wystawiłam do słońca, niczym słonecznik, zażywający codziennej kąpieli w jego ciepłych promieniach. Ten moment należał do takich, dla których warto byłoby zatrzymać pędzący niemiłosiernie czas.
- Angie, już nie śpisz? - Do uszu doszedł mi mocno zachrypnięty głos. - Jest dopiero dziewiąta, a to prawie środek nocy. Zobacz, jeszcze księżyc na niebie wisi. - Marudził przecierając oczy i  poprawiając niesfornie stojące włosy. Po chwili wstał, ubrał kapcie z zabawnymi pieskami i pocałował mnie na przywitanie w policzek, po czym ruszył do łazienki. Idąc w jego ślady, również postanowiłam doprowadzić się do porządku. Ubrałam na siebie same spodenki, bez majtek, co nie było zbyt komfortowe, a kwiecistą chustę potraktowałam jako bluzkę.  Owinęłam ją kilka razy wokół biustu oraz szyi i już miałam wakacyjny top, odkrywający brzuch. Jeszcze tylko przeczesałam włosy, umyłam zęby i lekko podmalowałam się kosmetykami, które udało mi się wrzucić do torby. Wyglądając o wiele lepiej niż kilka minut temu, wyszłam na korytarz, gdzie zobaczyłam Stevena szarpiącego się ze sporawym kołtunem w czuprynie. Wyglądało to jak morderstwo dokonane na biednych, bezbronnych włosach.
- Może pomóc? - Podeszłam bliżej, uśmiechając się uprzejmie. Steven oddał mi grzebień. Powoli pozbywałam się kołtuna, który przyprawiał bruneta o niemalże białą gorączkę. Niecała minuta i było po kłopocie. - I już, proszę bardzo.
- Dzięki. A teraz chodźmy do kuchni coś przekąsić. Jestem tak głodny, że zaraz zjem ciebie. - Posłał mi szeroki uśmiech. Zeszliśmy do kuchni, gdzie Steven kazał mi usiąść przy stole, a sam przygotowywał śniadanie. Czułam się nieco głupio, że siedziałam tak bezczynnie na tyłku, wpatrując się jedynie w jego poczynania. Zdążył podać do stołu, kiedy doleciał do nas dźwięk otwieranych drzwi. Brunet zrobił wielkie oczy i podszedł w stronę korytarza. Po domu rozszedł się stukot wysokich obcasów.
- Przyjechałam po resztę rzeczy. - Usłyszałam pewny siebie, szorstki, kobiecy głos. - O proszę, kogo my tutaj mamy. - Skomentowała z przekąsem, pokazując na mnie dłonią. Nie miałam wątpliwości, tą osobą była żona Stevena, Cyrinda. - Jeszcze rozwodu nie mamy, a ty już dziwki do chaty sprowadzasz. - Parsknęła kpiącym śmiechem, obracając się na pięcie i poszła dalej. To co padło z jej ust zabolało. Najpierw się wściekłam, jednak to kilkusekundowe uczucie zmieniło się w chęć płaczu. Nie wiem dlaczego tak zareagowałam. Po prostu chwyciłam szybko torbę, a na nogi wcisnęłam kowbojki.
- Ja już pójdę. - Rzuciłam cicho, spoglądając na czerwonego Stevena.  Usłyszałam jeszcze tylko krótkie "nie uciekaj" i wyszłam, a raczej wybiegłam z jego willi. Chciałam jak najszybciej stamtąd zwiać i udać się w miejsce, w którym mogłabym ochłonąć, przemyśleć kilka spraw...


~*~

- No i zobacz co kurwa zrobiłaś! - Wydarłem się na uśmiechniętą Cyrindę. Była z siebie dumna, wredna żmija. Nie wiem jak mogłem z nią tyle być i nie widzieć prawdziwego oblicza. 
- Powiedziałam tylko prawdę, która najwidoczniej boli. - Wzruszyła ramionami, udając że nic się nie stało. Z każdej sekundy na sekundę podskakiwało mi ciśnienie. Miałem ochotę jej przyjebać w tą roześmianą twarz. W ostatniej chwili się pohamowałem. I ja ją kochałem... O zgrozo. Nie wiem, gdzie były moje oczy w latach kiedy ją poznawałem. Czym się kierowałem? Przecież ona już taka była. Nie da się zmienić charakteru z dnia na dzień. Chociaż kiedyś... Nie wiem co się z nią stało.
- Jaką do chuja pana prawdę? To moja przyjaciółka! - Wykrzyczałem.
- Ciekawe ile razu już ją posunąłeś, tak czysto po przyjacielsku. - Ponownie prychnęła, a mnie zaczęło całego telepać. Z tego wszystkiego oparłem się o ścianę i liczyłem w myślach do setki. Nawet przy niej musiałem się pilnować, aby nie zrobić niczego głupiego. Miałaby wtedy szansę mnie wkopać i odebrać prawa rodzicielskie do Mii, a tego nie chciałem. - Zresztą, w dupie to mam. Rób sobie co chcesz, baw się do woli, kiedy jeszcze jesteśmy małżeństwem.
- Małżeństwem, które jest pół roku w separacji i czeka na rozwód! Bierz te szmaty i spierdalaj, bo nie chcę cię oglądać. - Obróciłem się, nie mogąc na nią dłużej patrzeć i poszedłem do salonu. Wkurzony do granic możliwości padłem na kanapę i włączyłem telewizor. Gapiłem się w kolorowy ekran, klnąc na zaistniałą sytuację.  Znowu coś musiało się spieprzyć, kiedy było już tak dobrze.Wypadałoby teraz pojechać do Angel i ją przeprosić. Widziałem te łzy w oczach, kiedy wychodziła, a wszystko przez tą jędzę... Do czego to doszło, abym żonę nazywał jędzą. Przecież ja i tak ją kocham, chociaż jej nienawidzę. Nie da się tak po prostu wygonić pewnych uczuć z serca. Do każdej dziewczyny, która coś dla mnie znaczyła mam sentyment, jednak z drugiej strony, kiedy tak dłużej o tym pomyślę, to odczuwam pewną niechęć. Przecież napsuły mi tyle krwi przez lata, a ja im.
- Już wszystko mam. Widzimy się w sądzie. - Z torbami w dłoniach wyszła przed dom. Odetchnąłem z ulgą, lecz ciągle czułem, jak moje ciało trzęsie się z nerwów. Musiałem jakoś wyładować emocje, nie tłumiąc ich w sobie, bo to niszczy człowieka od środka.  Postanowiłem zrobić to w stary, dobry sposób, który pomagał mi, kiedy tylko miałem jakieś problemy. Czasami wystarczyła drobna sprzeczka, aby coś wciągnąć. Zaszyłem się w piwnicy, gdzie znalazłem jakieś resztki dragów. Czułem nieopartą potrzebę wciągania tego białego gówna, przez które stoczyłem się na sam dół. Chociaż zważając na swój rockandrollowy styl życia, dawno tego nie robiłem. Po prostu to odstawiłem, zastępując innego rodzaju używkami, typu alkohol i zioło. Po raz kolejny wróciłem do podziemia, chociaż miałem świadomość co niesie za sobą taki jednorazowy strzał. A zresztą, niedługo i tak wyląduję na odwyku, gdzie będzie się mnie trzymać jak zwierzę w klatce z daleka od wszelkich przyjemności życia. Złapałem torebeczkę z magicznym proszkiem, lusterko i banknot. Sam proces przygotowywania dawał mi niezłe ukojenie. Kiedy widziałem jak substancja pod wpływem kawałka papieru układa się w idealną ścieżkę, poczułem jeszcze większą chęć na dragi, co nieco mnie zmartwiło. A mimo to, wciągnąłem całą dawkę. Ciało krzyczało, że robię naprawdę źle. Powoli traciłem kontakt z rzeczywistością. Piwnica przybrała kształty mojego prywatnego piekła. Było ciemno, gorąco. Dusiłem się, leżąc na podłodze. W głowie było tylko jedno "Boże, co ja zrobiłem?!". Paznokciami jeździłem po kafelkach, wijąc się na każdą stronę. Krew w żyłach dosłownie wrzała, mój umysł był już daleko od ciała. Pierwszy raz w życiu, pomijając początki, czułem się tak źle po stosunkowo niewielkiej dawce. Miałem nadzieję, że kiedy wstanę nieco mi ulży. Niestety i to było złudne, bo obijałem się o ściany i sprzęt stojący w potwornym pomieszczeniu. Z bezsilności kilka razy przywaliłem workowi treningowemu i upadłem z powrotem na ziemię. Musiałem chwilę poleżeć, aby poczuć jak mój organizm powoli się uspokaja.


~*~

Wróciłam do mieszkania w nieco lepszym humorze, niż tym w którym opuszczałam dom Stevena. Szczerze mówiąc, to po żadnym smutku nie było już śladu. Kiedy spacerowałam po tłocznych ulicach Los Angeles, myślałam nad tym co się wydarzyło i doszłam do wniosku, że nie warto się przejmować. Kobieta, która nic dla mnie nie znaczy, może mnie obrażać w nieskończoność. Już mnie to nie ruszy, bo przecież jej obelgi będą bezpodstawne i wyssane z palca, a tym nie należy zawracać sobie głowy. Lepiej skupić umysł na innych sprawach, tych przyjemnych. W moim przypadku było przypomnienie sobie piosenki "Romeo and Juliet" Dire Straits. Po przyjściu do domu postanowiłam pograć na gitarze, co bardzo mnie relaksuje. Wsłuchiwałam się w każdy dźwięk wydawany przez moją ukochaną Janis. Gitara ma jakieś magiczne wnętrze, bo działa na mnie jak narkotyk. Nie można się od niej oderwać, kiedy już zaczniesz. To przyjemne uczucie, kiedy pod palcami masz twarde struny. Nagle nic się nie liczy, tylko ty i to maleństwo. Piękne. 
- Angie, cholero! Otwórz mi! - Do uszu dobiegły mi jakieś krzyki. Znajomy głos należał oczywiście do ukochanego Marley'a, który walił w drzwi jak opętany. Odstawiłam gitarę i ruszyłam do korytarza. 
- Emily, ty mała mendo, w końcu do mnie przyszłaś! - Przywitałam ją przytulasem i od razu wyczułam trawkę. Ciekawe czy tak dziewczyna chociaż jeden dzień w swoim życiu spędziła bez palenia zioła... Ale i tak ją kocham, bo jest jedyna w swoim rodzaju. 
- Przypełzłam do ciebie, bo ty do mnie nie przychodzisz i nie mam z kim zapalić. - Zrobiła smutną minkę, po czym obie się rozśmiałyśmy. Ciągnąc ją za chudą rękę, poszłam do salonu. Usiadłyśmy na wysłużonej już kanapie i zabrałyśmy się za robienie skrętów. Kiedy były gotowe, zapaliłyśmy je, ciesząc się chwilą.  - E, ty Angie. Fajne masz pegazy na suficie. - Rzuciła w pewnym momencie, a ja podniosłam wzrok i próbowałam znaleźć te pieprzone kuce. 
- Pierdzielisz coś, bo ja widzę tutaj jakieś migoczące gwiazdki. - Przeciągałam, zaciągając się jeszcze bardziej. - To chyba moja szczęśliwa gwiazda. - Palcem pokazałam na skrawek sufitu, który przypominał niebo. Widząc, że Emily jest w swoim świecie, opuściłam rękę i przymknęłam oczy. Słyszałam jak przyjaciółka śpiewa fragment "One Love". Miała całkiem ładny głos, taki lekko zachrypnięty, a jednak dziewczęcy. Po prostu urzekający. Jednak najbardziej urzekające było to jak przeklinała, bo w połowie zapomniała tekstu. Wybuchnęłam śmiechem widząc jej niezadowoloną, ale i bardzo skupioną minę. - Kocham cię Marley, kocham. - Przytuliłam ją mocno, przymykając oczy. Przyjemnie było tak leżeć z przyjaciółką, czując jak ciało udaje się do innej krainy w celu odpoczynku od zwykłego świata. Nie mam pojęcia ile czasu spędziłam na takim leżeniu, ale było mi przyjemnie. Pewnie zalegałabym tak dłużej, jednak zadzwonił telefon. Niechętnie do niego podeszłam i podniosłam słuchawkę. 
- Angel, ja przepraszam. Proszę przyjedź do mnie, teraz. - Usłyszałam po drugiej stronie głos Stevena. Nie był on jednak taki normalny, a wręcz rozpaczliwy. Taki jak nie jego...
- Steven, spokojnie, nic się nie stało. Zaraz u ciebie będę, jeśli tego chcesz. Już jadę. - Odłożyłam słuchawkę i wróciłam do salonu, w którym dalej drzemała Emily. Nie miałam serca jej budzić. Po prostu napisałam jej krótki liścik i zostawiłam jedne klucze, po czym łapiąc torbę i ubierając buty, wyszłam z domu. Złapałam pierwszą lepszą taksówkę, która zawiozła mnie do willi Stevena. Przez całą drogę martwiłam się o niego, czując że coś jest nie tak. Zadzwoniłam do drzwi i czekałam aż otworzy. 
- Angel, jesteś. - Usłyszałam cichy, zmęczony głos. Podniosłam wzrok i zobaczyłam jego twarz, która była biała jak ściana. Do tego wszystkiego przekrwione oczy, mętne spojrzenie. Aż serce się krajało na taki widok.
- Jestem. - Uśmiechnęłam się blado i weszłam do środka. 
- Przepraszam cię za rano, za Cyrindę, to moja wina. - Mówił szybko, z niemałym przejęciem, aż zrobiło mi się głupio. Steven przepraszał mnie za takie drobnostki, dokonane nie z jego winy.
- Nic się nie stało, naprawdę. Po prostu troszkę mnie to na początku dotknęło, ale już jest w porządku. Uśmiechnij się Steven. - Podniosłam jego podbródek do góry, wymuszając tym samym, aby na mnie spojrzał. Jego kąciki ust lekko uniosły się do góry. - No, tak już lepiej. Zapomnijmy o tym co się wydarzyło. 
- Dziękuję ci. - Przytulił się do mnie, a ja chyba nie za bardzo wiedziałam o co chodzi. Po prostu też go objęłam, ciesząc się tak wspaniałą chwilą. - Pójdziemy gdzieś na spacer? Tylko się ogarnę.Włącz sobie telewizję, radio, co tam chcesz, a ja zaraz wracam. - Oderwał się ode mnie i poleciał na piętro, a ja za jego radą włączyłam małe ustrojstwo, grające muzykę klasyczną, którą zresztą bardzo lubiłam. Zdążyłam posłuchać może ze trzy kompozycje. - Jestem z powrotem. - Usłyszałam za sobą i od razu się obróciłam. Brunet wyglądał o wiele lepiej, odświeżona twarz, zmienione ciuchy, wyperfumowane ciało. 
- To w takim razie idziemy. - Wstałam i bez jakiejkolwiek już krępacji złapałam go za rękę. Wyszliśmy na zewnątrz, kierując się w stronę jakiegoś nieznanego mi wzgórza. Lampy pojawiały się coraz rzadziej, hałas stawał się coraz bardziej przytłumiony. Gwiazdy i księżyc świeciły wysoko na niebie, oświetlając drogę, którą przemierzaliśmy lekko wtuleni w siebie. Pośród ciszy dało się słyszeć melodie tworzoną przez różne zwierzęta, zapadające właśnie w sen. Po raz kolejny rozpływałam się od środka, wpadając w nieopanowaną radość. Uświadomiłam sobie, co teraz robię, gdzie jestem, z kim jestem i od tego wszystkiego miałam ochotę skakać, śmiać się i bóg jeden wie co jeszcze. 
Naszym oczom ukazała się mała polana, na której się rozłożyliśmy. Zastanawiało mnie, skąd gwiazda rocka wiedziała o tak magicznym miejscu, które hipnotyzowało swym urokiem. Przecież on prawie cały czas był w jak nie w studiu, to w trasie, to na konferencjach prasowych, to jakiś programach telewizyjnych. Kiedy znajdował czas na takie rzeczy jak odpoczynek?
- Angie, zostaniesz dzisiaj u mnie, tak jak wczoraj? - Ciszę przerwał łagodny głos. Podniosłam się na łokciach, spoglądając w jego błyszczące oczy. 
- A chcesz, abym została? - Uśmiechnęłam się, a on przytaknął kiwnięciem głosy. Zrobiło mi się ciepło o okolicach klatki piersiowej, a było to dotąd nieznane uczucie. Nigdy wcześniej go nie doświadczyłam przy żadnym facecie. - Steven znajdź mi ustrojstwo, które zatrzyma czas. Tak bardzo chcę, aby ta chwila trwała wiecznie. W ogóle chcę żyć wiecznie. - Rzuciłam, spoglądając na bruneta, który plótł wianek. Nie wiem gdzie się tego nauczył, ale szło mu całkiem nieźle. 
- Ja chcę żyć wiecznie, ale tak jak teraz. Nie martwiąc się o nic, żyjąc tak... jak ty. - Pochylił się nade mną i założył mi wianek na głowę. Podziękowałam mu całusem w policzek, który zapoczątkował coś na co chyba nie byłam przygotowana, a jednak tego chciałam. Steven odchylając mi delikatnie ramiączko, zaczął jeździć palcem po obojczyku, patrząc mi prosto w oczy. Już nawet nie starałam  się kontrolować. Wplotłam mu dłonie we włosy i przyciągnęłam delikatnie do siebie, wpijając się w jego wydatne usta. Zatraciłam się w tym pocałunku, chociaż miałam świadomość, że nie robię dobrze, nakręcając go w takim momencie. Oderwałam się dopiero, kiedy powoli brakowało mi powietrza. Spojrzałam na Stevena, który uśmiechał się szeroko i sama zachichotałam, patrząc się w niebo. Po chwili oboje się śmialiśmy, nie wiedząc tak naprawdę z czego. Byliśmy szurnięci... 

~*~

Dzień, który wydawał się być jednym z tych gorszych, okazał się być naprawdę przyjemny. Po raz kolejny miałem przyjemność leżeć w łóżku z Angel, która z przymkniętymi oczami wtulała się w moją gołą klatę. Pocałowałem ją w czoło i po raz kolejny uświadomiłem sobie, że mam do czynienia z osobą, która nie boi się życia, tylko się do niego śmieje, aby jej nie zjadło. Angie to typowy odmieniec dążący do swojego szczęścia, ale też do szczęścia innych. Ktoś wyjątkowy, kogo nie spotyka się na co dzień idąc ulicą, tym bardziej w tych czasach. Z każdym dniem przekonywałem się, że to ona jest tą właściwą kobietą, dla której mógłbym się poświęcić. Powoli uzależniałem się od zapachu, głosu, ciepła, uśmiechu. Stawała się kimś znacznie ważniejszym niż tylko fanką z muzycznego, czy koleżanką z koncertu. Może to przez to, że jestem strasznie kochliwy i jak ktoś mi się naprawdę spodoba, to potrafię stracić dla tej osoby głowę. Jedno było pewne, coś poważniejszego siedziało w moim serduchu. Miałem nadzieję, że Angel też coś do mnie czuła. Musiała, bo przecież na tej polanie... To nie mogło być takie obojętne, czystko przyjacielskie... Chociaż z nią to nigdy nie wiadomo.
 -Steven, nie mogę spać. -Wyrwała mnie z przemyśleń, podnosząc się do pionu i przecierając leniwie oczy. 
-Nie musimy spać, jesteśmy dorośli. -Uśmiechnąłem się cwaniacko.- Możemy porozmawiać. - Położyła mi głowę na ramieniu, a ja ponownie pocałowałem ją w głowę. To dziwne, bo takie gesty mi wystarczały. Nie chciałem przelecieć jej pierwszej nocy, ani następnej i kolejnej też nie.  Przecież z inną laską już dawno bym to robił, nawet po kilka razy. -O czym chcesz porozmawiać?- Przekręciła się na brzuch, tak aby patrzeć w moją stronę. Ujrzałem jej błyszczące, radosne oczy wpatrzone w moją osobę. 
- Lubisz mnie? - Lekko przygryzła wargi. 
- Nawet bardzo. - Zniżyłem głos, obejmując wzrokiem jej zgrabne ciało. Miałem ochotę ponownie zasmakować jej ust. Zbliżyłem się powoli, mając pewne obawy. Angie jakby chcąc je rozwiać przejechała językiem po moim podniebieniu.  Nie trzeba było długo czekać, abym się w to mocno zaangażował. Nasz pocałunek przypominał coś na kształt dzikiego tańca języków. Jeździłem blondynce dłonią po udzie, czując jak między nami narasta napięcie. 
- Nie, stop. - Przerwała w jednej chwili. - Przepraszam Steven, że tak cię wkręciłam i to jeszcze w takim miejscu, ale ja nie mogę. Nie teraz, po prostu to tak wszystko pędzi do przodku, a ja boję się, że nie nadążę. Przepraszam. Jestem idiotką, kto robi takie rzeczy?! - Wróciła na swoją połowę i lekko podkurczając nogi, spuściła wzrok. Łapiąc oddech sklejałem wszystko do kupy i starałem się postawić w jej sytuacji. Chyba jako kobieta, też miałbym pewne wątpliwości. 
- Nie ma sprawy, nic się nie stało. Nie chcę robić niczego, co by ci się nie spodobało. Potrzebujesz czasu, rozumiem. - Uśmiechnąłem się lekko, kiedy bezdźwięcznie mi podziękowała. Dla niej chyba byłem w stanie jeszcze poczekać. Tak mi się przynajmniej wydawało. - Ej, mała nie smuć się. -Rzuciłem radośnie, kiedy zobaczyłem jej lekko przygnębioną buźkę. - Mam ci tutaj coś zatańczyć, abyś się rozpromieniła? 
- I bez tego by się obyło, ale skoro już to proszę bardzo, ja nie mam nic przeciwko. - Zaśmiała się szyderczo, wkopując mnie tym samym w wykonanie tego, co wcześniej zaproponowałem. Cóż skoro powiedziałem, to należało to zrobić. Taki cyrk chyba będzie warty jej śmiechu. Wzdychając ciężko wstałem z łóżka i będąc w samych bokserkach, skakałem niczym arab biegnący na bosaka po rozgrzanym do czerwoności asfalcie. Sam miałem z tego niezły ubaw, a co dopiero Angel, która walała się po łóżku, chichocząc bez przerwy. Po chwili wróciłem na łóżko do blondynki, która ocierała oczy z łez. Misja została spełniona. 
- Jesteś wspaniały. - Wyszeptała, kiedy już położyłem się obok. Chwilkę później już spała, a ja przyglądałem się jej mimice, ruchom. Trochę jak taki psychopata, mógłbym robić to godzinami. Po prostu widzieć jak jest koło mnie i równomiernie oddycha, uśmiechając się przez sen.  


__________________________

No to co, powtórka z rozrywki. Mam nadzieję, że nie wpadniecie w monotonię z tego powodu. Niedługo wszystko się rozkręci. Będzie więcej zespołu, bohaterów, codziennego, normalnego życia, w którym zazwyczaj brak jest czasu na różnego rodzaju przyjemności.

Chciałabym jeszcze serdecznie podziękować wszystkim osobom, które swoimi wspaniałymi komentarzami zmotywowały nie do dalszego pisania. Jestem Wam bardzo, ale to bardzo wdzięczna. 

I jeszcze na koniec standardowo proszę o komentarze, opinie choćby w dwóch zdaniach, które i tak sprawią, że będę bardzo zmotywowana do dalszej pracy. Takie coś uskrzydla, co bloggerki powinny wiedzieć, a czytelnicy powinni się tego domyślać. ;) 

Szkielet Smoka Zaczarowane Szablony